Dyskusja o kulturalnej infomasie: artykuł x Demski

esej publicystyczny
AUTOR:   Mateusz Demski
24.09 12.00 - 26.09 23.59 arsindependent.pl WSTĘP WOLNY

Artykuł towarzyszący spotkaniu dyskusyjnemu, podczas którego dowiemy się jakie wyzwania stoją przed nami we współczesnym, pandemicznym świecie kultury.

Kilka słów o nadmiarze (i luźne uwagi na temat sztuki nicnierobienia)

Przyznam, że kiedy poproszono mnie o napisanie kilku mądrych słów o nieustannym, katastrofalnym wręcz zalewie tekstów, obrazów i dźwięków, w pierwszym odruchu chciałem odmówić. Na moje oko, trudno coś odkrywczego i sensownego powiedzieć jeśli chodzi o gorączkę nadmiaru, przesytu i nadprodukcję treści kultury. Nie można zaprezentować zjawiska w sposób całościowy, to jasne, tak jak nie można dotrzeć do końca internetu. Mało tego! Nie można przecież wskazać jedynego sensownego patentu czy tricku na poruszanie się w tym gąszczu i selekcję treści. To jest sprawa nie do rozkminienia i z góry przegrana. To jest pragnienie niemożliwego i walka z wiatrakami. Mimo wszystko zdecydowałem się ten tekst napisać – bo jeszcze w marcu myślałem, że świat się zawali i nie będzie już z czego wybierać. Że nagle nicość i ciemność, kulturę czeka zagłada.

„No stary, o czym ty teraz będziesz pisał?” – pytali znajomi, a ja się cały czas zastanawiałem, czy to przesadzone czy przesądzone. Darujcie mi kasandryczne tony i wizje, ale na takie strachy nie ma rady. Jako dziennikarz i krytyk filmowy żyję zgodnie z zasadą „im więcej świeżutkich premier i nowości, tym lepiej”, kiedy wszystko nagle staje się cancelled, to w głowie pojawia się myśl, że człowiek nie będzie miał czego oglądać, o czym pisać, a co za tym idzie – czego do gara włożyć. Miał lecieć do Cannes – odwołane, miał obskoczyć festiwale w Koszalinie (Młodzi i Film), Katowicach (Transatlantyk), Wrocławiu (Nowe Horyzonty), Gdyni – ówcześnie odwołane. Ten impas sprawił, że tak jak wszyscy ugrzęzłem w domu pośród zwałów papieru toaletowego i proszku do prania na zapas, mój wzrok trzymał się już tylko nagłówków straszących, że wszystkie plany na najbliższe lata w kinach wyzerowane, że takiej dziury w filmowej produkcji załatać się nie da, że cały ten system padnie jak kostki domina. Nie dziwota więc, że z łezką w oku zacząłem wspominać, jak przez ostatnie kilka lat z niczym się nie nadążałem: za dużo premier, podróży, życie na krawędzi i z deadline’ami na karku. Na końcu języka miałem nawet uwagę, że źródłem trapiących mnie bolączek jest nie nadmiar, a właśnie widmo braku treści. Szczerze mówiąc, szybko się w niego ugryzłem.

Pytany o pierwsze wrażenia z lockdownu powinienem napisać – nuda i cisza, ale prawda jest taka, że młyn i karuzela. Złowróżbne znaki wpuściły mnie w niezłe maliny, jako krytyk na kwarantannie na brak zajęć nie mogłem wcale narzekać, wręcz przeciwnie: codzienność pierwotna szybko weszła w plan B i doraźne tryby awaryjne. Nie czułem wcale, żeby to co kiedyś było całością, nagle zostało jakoś drastycznie rozdrobnione. Nie mogę powiedzieć, żeby w kontekście kontaktu z kulturą czegoś dotkliwie brakowało, miałem wrażenie, że w zaistniałej sytuacji raczej cudownie rośnie i przybywa. Postanowiłem się temu przyjrzeć, w redakcji poproszono mnie o cotygodniowy przegląd cyfrowego kontentu, ogólnie mówiąc – wszystkiego, co nie tylko z filmową, a ogólnie pojętą kulturą związane i na czas kryzysu dostępne w sieci. Ku mojemu największemu osłupieniu, było tego tak wiele, że już po pierwszym takim przeglądzie nabierałem poczucia szaleństwa, zaćmienia, fizycznego wyczerpania i wysycenia. Nie raz, nie dwa ktoś przez te kilka miesięcy mojego wirtualnego amoku pytał mnie nawet, co tam w wielkim świecie kultury słychać. A ja rozkładałem przed nim ręce i mówiłem, żeby się nie wydurniał, żeby lepiej do telefonu spojrzał. Przecież problem chaosu i next level nadmiaru twórczości kulturalnej czuło się w sieci na każdym kroku. Wszystkiego za dużo i więcej niż zwykle, full zatrzęsienie alternatyw do przetworzenia i dystrybucja na skalę przemysłową.

Wystarczyło pójść na wirtualny spacer i mieć oczy szeroko otwarte – sute zasoby archiwalne mieściły się obok pandemicznych podcastów i seriali; czytanie współczesnej literatury kazachskiej online sąsiadowało z kursami malowania, wyklejania, zumby i salsy. E-kina, e-booki, e-wystawy i oprowadzania kuratorskie na ekranie. E-.koncerty, e-wykłady, ostre cienie mgły i nawet dwie offowe kolorowanki ze strony nowojorskiego MoMA sobie pobrałem. Wyliczać można bez końca, ile tego było ustalić się nie da. Gdybym chciał opowiedzieć o wszystkim, co w tym czasie zobaczyłem i czego odzobaczyć nie zdołam, a do tego spisać każde spostrzeżenie, jakie poczyniłem, zaręczam, że powstałoby saga na sześćdziesiąt kilka monstrualnych tomów. W każdym razie jedno należy sobie wyraźnie powiedzieć i jeszcze raz wytłuszczonym drukiem powtórzyć – nagle i w niezrozumiały sposób bohaterem epidemii pamiętnego po Chrystusie roku dwa tysiące i dwudziestego okazała się stara, dobra nadprodukcja.

Są tego plusy i minusy, zarówno dla autora, konsumenta jak i społeczeństwa. Z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć można, że te tysiąc pięćset sto dziewięćset pomysłów na przeżycie przymusowego odosobnienia, wyciągnęło niektórych z szaleństwa. Nieznośna to myśl, że świat w ciągu sekundy skurczyć się do czterech ścian potrafi, jakoś łatwiej ją przełknąć i znaleźć w sobie wytrwałość, gdy perspektywa uczestnictwa w kulturze przychodzi z pomocą. OK. Pięknie, strasznie fajnie i chwała też za to, że #kulturawsieci skutecznie wybiła nam też z głowy porąbany pomysł plątania się po mieście w dniach pandemii i reżimu, choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że mnie to wszystko tak samo jara, jak przygnębia. Po pierwsze – przygniótł nas ciężar inwencji, działań, projektów kulturalnych różnej jakości i odcieni, człowiek nie był w stanie ocenić, które z tych pozycji są ważne, dobre i mu naprawdę potrzebne, któremu dać łapkę w górę, tak poszło lawinowo. Ba, można w ogóle było momentami odnieść wrażenie, że ta produkcja nie jakością tego, co produkowane stała, a produkowanie samo w sobie miało nam raczej zapewnić cząstkę stabilizacji i pozór normalności. Inna rzecz, że nadprodukcja treści (bez wewnętrznego ładu i składu) w końcu własny ogon wpierniczyła – w moim odczuciu trudno było się dowiedzieć o wszystkich inicjatywach godnych uwagi w nieprzebranej chaotycznej mnogości, nie mówiąc już o uczestnictwie w nich i doświadczaniu najgłębszej rozkoszy. Wszystko na siebie ponakładane, pozasłaniane, takie piąte przez dziesiąte..

Wielką i bezdyskusyjną słuszność mają też ci, którzy twierdzą, że byliśmy w sytuacji trudnej, ale też wyjątkowej. To nie faszerowanie się kulturą i sztuką online było przecież główną zaletą lockdownu, była nią raczej szansa na zwrot w stronę na wskroś zapomnianej sztuki wytchnienia i zapomnienia. Na wyhamowanie, powściągnięcie, zatrzymanie wprawionego w ruch mechanizmu. Jak już powoli widać, tajemnica zamknięcia w czterech ścianach tkwiła zatem w próbie docenienia uroku przelotnej nudy. I nie mówię, że wszyscy jak jeden mąż mieli się położyć i tak leżeć miesiącami, nie w tym rzecz, ale według mojego rozeznania, odrobina bezczynności i kwietyzmu nigdy jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Wiadomo też, wracając tym samym do nadprodukcji dóbr kultury, że ruch udostępnienia treści na takim Facebooku to choćby dla wielu ludzi i instytucji kultury rzecz święta, ta aktywność sprawia, że wciąż pozostają w grze, nie czują się w dobie kryzysu i niestabilności życiowej zbędni. Ale na litość boską, weźmy taki przykład pierwszy z brzegu, zarazem jeden z najdokuczliwych i ewidentnie niedopuszczalnych: koniec marca, za oknem w najlepsze szaleje zaraza, a niejaki Vega Patryk szuka śmiałków, którzy za dwie stówy na głowę gotowi będą wyściubić nosa z domu i kręci swoją „Pętlę” dalej. Jest to dość skrajny przypadek (i przypadłość), ale wydaje mi się, że jakąś tam uniwersalną prawdę o dzisiejszym świecie ze sobą niesie: dziejowy moment wisi w powietrzu, decydują się losy Ziemi i być może naszego gatunku, ale ludzie nie widzą, nie słyszą, na chwile dupska nie posadzą i „horroru” nicnierobienia nie zdzierżą.

Darujcie banał, ale na razie inaczej powiedzieć nie umiem i starą, świetnie wam znaną prawdę powtórzę: otóż (nad)produkujemy, bo w głowie jakiś chochlik-przewodnik szepcze, że musimy. Że to sens, treść i dążenie naszego życia, że niemilknąca produkcja i kult wydajności są po wsze czasy w nasze jestestwo wpisane. Zakończenie tematu zgrabniej zawiązaną kokardką na wierzchu jest niemożliwe. Żadnej stosownej i pełnoprawnej puenty w odniesieniu do tegoż zjawiska, nie ma i być nie może. Jedyne, co tak nawiasem jeszcze do głowy mi przychodzi, to wspomnienie eksperymentu sprzed kilku lat, co się tyczył konfliktu na linii wynudzenie versus działanie. Z grubsza wyglądało to tak: uczestnik rzeczonego badania na pół godzinki zamykany był w pustym pokoju, gdzie nie miał co do ręki włożyć prócz wielkiego czerwonego guzika, który – o czym informuje go na samym wstępie eksperymentator – wywoływał lekkie, acz nieprzyjemne porażenie prądem. Pewnie się domyślacie, że mało kto w absolutnym bezruchu wytrzymał, zaskakująca większość testowanych ochotników w akcie wolnej, nieprzymuszonej woli postanowiła wielokrotnie wcisnąć przycisk, byle cokolwiek znaleźć sobie do roboty. No cóż z bezruchem i cierpliwością u nas najgorzej. Myślę, że cierpliwi to my nie byliśmy chyba nawet w poprzednim wcieleniu.

Mateusz Demski

Dziennikarz, krytyk filmowy, absolwent krakowskiego filmoznawstwa. Publikuje m.in. na łamach „Przekroju”, „Przeglądu”, czasopisma „Ekrany”, a także na portalach CzasKultury.pl i Papaya.Rocks. W wolnych chwilach poszerza kolekcję gadżetów z „Gwiezdnych wojen”.