Dyskusja o kulturalnej infomasie: artykuł x Zawojski

esej publicystyczny
AUTOR:   Piotr Zawojski
24.09 12.00 - 26.09 23.59 arsindependent.pl WSTĘP WOLNY

Artykuł towarzyszący spotkaniu dyskusyjnemu, podczas którego dowiemy się jakie wyzwania rodzą lęki, konflikty kompetencji i nadmiar informacji do przetworzenia, gdy przychodzi nam obcować ze współczesną kulturą.

Gorączka nadmiaru

Jeden z ostatnich tygodni przyszło mi spędzić w małej salce z projektorem, w której od poniedziałku do soboty obejrzałem blisko 450 filmów niezależnych z całego świata. Znalazłem się bowiem w komisji selekcyjnej czternastej edycji festiwalu Grand OFF, na którym prezentowane są Najlepsze Niezależne Krótkie Filmy Świata. Oczywiście nie były to wszystkie filmy, które zostały zgłoszone przez filmowców niezależnych – tych bowiem napłynęło grubo ponad 4000 (sic!) ze 130 krajów, ich wcześniejszej selekcji dokonały na wstępnym etapie prymarne komisje selekcyjne, zatem mojej (ostatecznej) komisji pozostała do oceny mniej więcej jedna dziesiąta wszystkich zgłoszonych filmów.

Nie było to moje pierwsze doświadczenie selekcyjne, jednakże jeszcze nigdy nie zostałem postawiony przed takim zadaniem. Kiedy zastanawiałem się nad przyjęciem zaproszenia rzecz jasna rozmyślałem między innymi nad tym, czy ja to fizycznie wytrzymam (tym bardziej, że w Warszawie temperatura przekraczała w tych dniach 30 stopni). Przede wszystkim jednak myślałem o tym, czy jesteśmy w stanie wybrać 55 tytułów – po pięć w jedenastu kategoriach, takich jak: najlepszy scenariusz, reżyseria, zdjęcia, montaż, scenografia, aktorka, aktor, fabuła, dokument, animacja, film polski – w istocie najlepszych i najciekawszych? Czy taka ilość zobaczonych filmów w krótkim czasie to jeszcze prawdziwa przygoda i możność poznania tego, co obecnie dzieje się na świecie w obszarze filmu niezależnego, czy raczej rozpaczliwa próba ogarnięcia tak wielkiej ilościowo produkcji, że w efekcie zatraca się możliwość racjonalnej oceny, rodzi się poczucie przesytu, znużenia i znudzenia?

Wykonaliśmy swoją pracę najlepiej jak potrafiliśmy, a teraz, paradoksalnie, znajdę się już w o wiele bardziej komfortowej sytuacji, bowiem jako jeden z ponad osiemdziesięciu członków międzynarodowej Kapituły festiwalu rozsianych po całym świecie, będę wybierał tylko jeden tytuł w każdej kategorii, który zostanie zwycięzcą i odbierze pod koniec listopada w warszawskim Teatrze Syrena statuetkę oznaczającą wejście do elity filmowców niezależnych. Opisuję tę historię, bowiem jest ona symptomatyczna dla współczesnego obiegu produkcji kulturowej, nie tyko o film przecież chodzi, traktuję go na zasadzie pars pro toto innych obszarów sztuki i szerzej wytworów kultury. Ich proliferacja w dobie bezprzykładnej nadprodukcji musi podlegać selekcji – w tym konkretnym przypadku byłem niejako w podwójnej roli: kogoś kto selekcjonuje (choć też nie jako pierwsza instancja), a potem może głosować na dzieło, które przez selekcjonerów zostało wybrane. Ale czy ten wybór można w pełni zaakceptować? W tym przypadku nie mogę podważać decyzji, bowiem jestem jej współautorem, ale to sytuacja niezwykle rzadka. I ja i wszyscy biorący udział w grze zwanej kulturą skazani są na instancje preselekcyjne – czasem są to jeszcze ludzie (krytycy, recenzenci, kuratorzy, galerzyści, jurorzy festiwali, pracownicy akademiccy), coraz częściej już tylko algorytmy, które posługując się bazami danych tworzą nasze „profile konsumenckie”, by proponować nam spersonalizowane produkty idealnie odpowiadające na nasze potrzeby. Tak wygląda to w teorii – praktyka jest jednak o wiele bardziej skomplikowana i niejednoznaczna.

W roku 2004 Chris Anderson w magazynie „Wired”, jednym z najbardziej opiniotwórczych periodyków poświęconych nowym technologiom, nowym mediom i ich wpływie na kształtowanie się rzeczywistości technokulturowej, przedstawił słynną koncepcję „długiego ogona”. Mówiąc najprościej polegała ona na tym, że negowała ona tzw. zasadę Pareta (80/20), czyli twierdzenie, iż dwadzieścia procent produktów generuje na rynku osiemdziesiąt procent sprzedaży. Analizując rynek muzyczny w dobie rewolucji cyfrowej, produkcji i przede wszystkim dystrybucji treści (digitalizacja, platformy sieciowe, później streaming treści muzycznych i audiowizualnych) Anderson dostrzegł, że wszelakie nisze i zjawiska pozamaistreamowe generują coraz bardziej znaczącą liczbę globalnego przychodu sprzedawanych twowarów. Robbie Vann-Adibé nazwał to zjawisko coraz większej sprzedaży muzyki spoza głównego nurtu zasadą 98 procent. Okazało się, że według analizy rynkowej podaż produktów spoza topu sprzedażowego może wygenerować aż 98 procent zysku. I to jest właśnie ów długi ogon, w którym każdy może znaleźć coś, co zaspokoi jego gust i potrzeby – kulturalne, estetyczne, artystyczne. W praktyce ta teoria została z powodzeniem wykorzystana przez Jeffa Bezosa, dziś najbogatszego człowieka świata – tak powstała potęga Amazona.

To piękna i bardzo pociągająca idea, jednak moim zdaniem rzeczywistość ostatnich kilkunastu lat tylko w pewnym stopniu może być potwierdzeniem tego typu przepowiedni. W sensie ekonomicznym zapewne tak, ale szeroko rozumiana kultura, choć ściśle związana z ekonomią musi być rozpatrywana także w innej optyce. Bowiem jeśli spojrzymy choćby na tak miarodajne źródło, jakim jest ilość wyświetleń na portalu YouTube, to okaże się, co prawda, że topowi wykonawcy i twórcy (nie tylko z obszaru muzyki) notuję milionowe, albo i miliardowe odsłony (vide Lady Gaga, Justin Bieber, Eminem), a wybitni artyści i ich dzieła, ci z długiego ogona, znajdują kilkuset czy kilka tysięcy zainteresowanych. Być może w sensie ekonomicznym wszystko się tu zgadza, ale nie w sensie kulturowym. Czy to dowód na epokową zmianę jaka dokonała się w czasach cyfrowej gospodarki i cyfrowej kultury? Oczywiście nie, bo i wcześniej tak można było w ogólnych zarysach szkicować mapę obiegu treści kultury. Dzisiaj jednak dochodzi do tego zjawisko nadprodukcji, która powoduje, paradoksalnie, że dotarcie do tego, co nie mieści się w wąskim spektrum globalnie nagłaśnianych zjawisk jest zdecydowanie bardziej utrudnione. Choćby z powodu logiki działania wyszukiwarek sieciowych, w tym tej najważniejszej, czyli Google.

Można zadać pytanie o to, kiedy weszliśmy w epokę, którą można byłoby scharakteryzować za pomocą takich określeń jak: nadmiar, przesyt, szum, redundancja, nadmiarowość. W efekcie kulturowy ład i porządek rozpada się, zmierzamy raczej w kierunku chaosu, bezładu, zamętu i dezorganizacji. Mówiąc krótko i używając języka teorii informacji – wszechogarniająca entropia jako zasada pierwsza i fundamentalna, organizująca, czy raczej dezorganizująca, system obiegu informacji sprawiając, że kulturowe fundamenty, na jakich opierały się społeczeństwa nowoczesne zmierzają w stronę ponowoczesnego, a właściwie po-ponowczoesnego, rozkładu, którego „fundamentem” jest nadmiar. Towarów, bodźców, informacji, wrażeń, co nie musi być związane z nadmiarem pieniędzy i możliwości korzystania z dóbr oferowanych przez rynek. Tak rodzą się i funkcjonują olbrzymie sfery wykluczeń i wykluczonych. Gorączka pochłaniania coraz to nowych i w coraz większej ilości podażowej oferowanych big cultural data musi prowadzić do zagubienia i znieczulenia (Wolfgang Welsch trafnie scharakteryzował to zjawisko jako proces anestetyzacji, czyli otępienia hamującego reakcję na bodźce estetyczne). Kiedyś ratunkiem na to w sztuce i działalności artystycznej była estetyka szoku albo wszelakie transgresje, dziś ten rezerwuar właściwie się wyczerpał. „Wszystko już było” (2003), poszukajcie w sieci, to nie trudne, dwóch filmów Supergrupy Azorro pod tym tytułem, trudno dodać coś bardzie adekwatnego z pola sztuki.

Proliferacyjny spazm i nadmiar treści to nasza codzienność, nasze, uczestników kultury, bo o nas tu mowa, codzienne poczucie, że coś nam umknęło, czegoś nie zobaczyliśmy, nie posłuchaliśmy, czegoś nie przeczytaliśmy. To permanentne poczucie braku komfortu, często także wynikające z tego, że jeśli już nawet w czymś uczestniczymy, coś kulturowo konsumujemy, to zostało to już przez kogoś przesączone, wydestylowane, przesiane z wielkiego zestawu nam niedostępnego. Wy nie zobaczycie tych 450 filmów, które ja zobaczyłem, nawet nie zobaczycie tych 55 filmów, które wyselekcjonowałem, jeśli będziecie mieli szczęści trafić na niszowy pokaz w jakimś arthousowym kinie, to zobaczycie tylko 11 „najlepszych” filmów wybranych w głosowaniu przez członków Kapituły Grand OFF-u. Możecie mi ufać albo nie, wybrałem dla was crème de la crème, ale nigdy nie będzie wam dane tego własnoocznie i własnousznie sprawdzić.

To ja jestem tym razem instancją pośredniczącą, a wy musicie się z tym pogodzić. Nigdy nie dowiecie się co (ewentualnie) straciliście, a może wręcz odwrotnie – to ja zadbałem o to, byście niepotrzebnie nie tracili swojego cennego czasu, który możecie spożytkować na obejrzenie kolejnego serialu na Netfliksie, przeczytanie najnowszej książki Doroty Masłowskiej (Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu 2 – no właśnie, jak?) czy też Krzysztofa Vargi („Dziennik hipopotama”). Czytam obie równolegle i nawet trochę żałuję, że piszę ten tekst, bo te książki krzyczą do mnie, żebym je wreszcie wziął w ręce. Moglibyście też zobaczyć jakieś wybitne dzieło spod znaku slow cinema, posłuchać najnowszej płyty Boba Dylana, albo Maxa Richtera, bądź też wybrać się do kina (już można) na „Dolinę Bogów” Lecha Majewskiego, czy też na jakąś wystawę, choćby do Muzeum Śląskiego, by zobaczyć fascynującą instalację Chiharu Shioty zatytułowaną „Counting Memories”. Jest tego tyle, że życia nie wystarczy, to wiemy, jak jednak znaleźć własne patenty na poruszanie się w tej mnogości?

Nie mam gotowej podpowiedzi, nie chcę nawet nad tym się zastanawiać, cała zabawa i przyjemność musi być sprowadzona do wolności wyboru, ale też mozolnym budowaniu własnych ścieżek w tym labiryncie możliwości. To, że nieustannie pozostawać będziemy w stanie swego rodzaju dyskomfortu wynikającego ze świadomości nietrafnych wyborów to pewne. Trzeba jednak pewnego doświadczenia, wynikającego z nieustannego praktykowania uczestnictwa w wydarzeniach kulturowych, by zrozumieć, że w czasach, w których kanony i niepodważalne listy największych dzieł i twórców zmieniają się bardzo szybko, to my sami jesteśmy (może tak: powinniśmy być) dla siebie tymi fundamentalnymi punktami odniesienia. Brzmi jak banał, to jasne, ale nawet w pozornych banalizmach niekiedy znaleźć można jakąś prawdę.

A wszystko to w cieniu świadomości, że tym samym coś tracimy bezpowrotnie, coś, co niknie w masie zaprzepaszczonych, nie z naszej winy czy też chęci, możliwości obcowania z wybitnymi dziełami sztuki, czy choćby poruszającymi (potencjalnie) zjawiskami z obszaru sztuki i kultury, które chcielibyśmy poznać. Bo poruszamy się po omacku, w stanie rozproszonej uwagi i niemożności dostrzeżenia tego, co ważne. W roku 1997 David Shenk opublikował książkę zatytułowaną „Data Smog. Surviving the Information Glut”, w której być może po raz pierwszy pojawiła się tak wyraziście kwestia tego, jak rewolucja teleinformatyczna spowoduje rodzaj fundamentalnego załamania się homeostazy informacyjnej. Technologiczne możliwości plenienia w nieograniczony sposób także nieprawdziwych informacji, co dzisiaj kojarzymy chociażby z syndromem postprawdy, wtedy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, przede wszystkim kojarzone było z nadmiarem informacji, które trudno będzie weryfikować i sprawdzać. Ale też ze zmęczeniem odbiorców, którzy nie są w stanie sprostać nadmiarowi informacji funkcjonując nieustannie w „zanieczyszczonym” środowisku.

Smog danych to permanentny stan, w którym dzisiaj egzystujemy. Ryszard Tadeusiewicz, nie jestem pewien czy świadomie, czy też nie, w pewien sposób rozwinął koncepcje Shenka wprowadzając pojęcie „smogu informacyjnego”. W kilku publikacjach z końca lat dziewięćdziesiątych ten koncept został potraktowany jako jedno z najważniejszych zagrożeń progresu technologicznego i medialnego. W jednym z tekstów Tadeusiewicz „smog informacyjny” łączy ze „znaczącym nadmiarem liczby źródeł informacji, połączonym z wysoce problematyczną wartością wiadomości zawartych w znacznej części tych źródeł”.

Mnie jednak o wiele bardziej podoba się skojarzenie z fenomenem meteorologicznym smogu, bowiem to jawi się jako rodzaj metafory poznawczej, która zawsze zawiera w sobie wieloznaczność i podatność na krytykę, ale i eksplanacyjny, epistemologiczny potencjał. Otóż smog to zjawisko polegające na połączeniu dwóch fenomenów: oślepiającej mgły i duszącego dymu. Czyż nie na tym właśnie polega współczesna nadmiarowość i nadekspozycja danych, których już nie jesteśmy w stanie przyswoić i wchłonąć? O zrozumieniu i interpretacji już nie wspominam, bowiem bardzo krótki czas, jaki nam pozostaje w stanie pyknoleptycznego uniesienia (czytajcie Paula Virilio!), to czas do natychmiastowego zagospodarowania kolejnymi frenetycznie i kompulsywnie pochłanianymi filmami, książkami, obrazami, fotografiami, kompozycjami muzycznymi, a może nawet pejzażami w naturze. Może zatem o to chodzi, by gorączka nadmiaru nie stała się usprawiedliwieniem dla rezygnacji i odmowy uczestnictwa w zbiorowym tworzeniu świata kultury.

Piotr Zawojski

Profesor nauk humanistycznych, pracuje w Instytucie Nauk o Kulturze na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, wykłada na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na Wydziale Intermediów. Kieruje działem „Film i Media” w kwartalniku OPCJE.